Zabójcza medycyna naturalna
Autor tekstu: Mariusz Agnosiewicz

Informacje z portalu TVN24:

W Warszawie bez problemów można kupić niebezpieczne dla zdrowia i życia pigułki na odchudzanie. Działają jak amfetamina i podobnie uzależniają, mogą uszkodzić zastawki serca. Mimo nalotów policji, mongolska „lekarka" dalej sprzedaje groźne specyfiki. Sfilmowaliśmy to ukrytą kamerą. W mediach głośno było w kwietniu o policyjnym nalocie na egzotyczny gabinet medycyny naturalnej. Jak podawała policja, zarekwirowano tysiące sztuk różnego rodzaju preparatów niedopuszczonych do sprzedaży w kraju, np. maść z niedźwiedzia, preparaty z węży czy żółwi. Wśród nich był też specyfik o nazwie Miaozi, niedopuszczony w Polsce do obrotu środek odchudzający, zawierający pochodną amfetaminy: sibutraminę. W niektórych przypadkach na preparatach dołączona była kartka, aby środek popijać wodą, mlekiem albo… wódką. Niektóre ze specyfików były już przeterminowane i bez polskich oznaczeń. Z ustaleń policji wynikało, że środki, które proponowała kobieta, mogły być groźne dla życia i zdrowia pacjentów.

Kilka dni po policyjnym nalocie odwiedziliśmy gabinet dr Enkhjargal Davchin Enji. Postanowiliśmy sprawdzić, czy nadal działa i czy wciąż można tu kupić śmiertelnie niebezpieczne pigułki na odchudzanie. Okazuje się, że nie było z tym większego problemu. Mimo że policja zarekwirowała większość asortymentu, lekarka dalej handluje tabletkami. — Miaozi skończyło się, policja zabrała, ale coś pani damy. Brać raz dziennie — zaleciła Enji dziewczynie — nazwijmy ją Anna — która przyszła z naszą ukrytą kamerą. Dostała garść małych, żółtych tabletek w plastikowej torebce. Bez nazwy, ulotki, jakiejkolwiek informacji o składzie chemicznym i działaniu.

W laboratorium Uniwersytetu Medycznego zleciliśmy badanie „leków" dr Enji. Według ekspertyzy, ich składnikiem jest fenfluramina — syntetyczny związek, który do lat 90. był stosowany w terapii otyłości. „Z Polski i wielu innych krajów został wycofany ze względu na udowodnione ryzyko występowania poważnych powikłań ze strony układu sercowo-naczyniowego (nadciśnienie płucne, uszkodzenie zastawek). Preparaty zawierające fenfluraminę nie są dopuszczalne do legalnego obrotu w Polsce" — czytamy w ekspertyzie Akademii.

Fenfluramina to stymulująca substancja psychoaktywna używana jako lek wspomagający leczenie otyłości i przeciwdepresyjny. W 1973 została wprowadzona na rynek leków pod nazwą Pondimin. Substancja ta została zaprojektowana tak, aby podnosiła w mózgu poziom serotoniny, neuroprzekaźnika który ma wpływ na nastrój i uczucie głodu. Wydawała się być idealnym lekiem na problemy z otyłością, dopóki dokładniej nie zbadano jej skutków ubocznych. A należy do nich nadciśnienie tętnicze i płucne, ryzyko zawału serca oraz uzależnienia i przedwakowania. W 1997 fenfluramina została wycofana ze spisu leków ze względu na uboczne działanie szkodliwe na układ krwionośny.

Jak dr Enji sprzedawała nam groźne tabletki

Gabinet medycyny tybetańskiej przy ulicy Czerniakowskiej odwiedziliśmy z ukrytą kamerą dwukrotnie. Oferta bogata: akupunkturą, herbatkami i chińskimi tabletkami leczy się tam cały katalog schorzeń. Od chorób serca i migren przez choroby układu pokarmowego, nerkowo-moczowego, kręgosłupa, płuc i oskrzeli do nerwic, chorób skóry i otyłości. Pacjentów przyjmuje 46-letnia Enji, obywatelka Mongolii. Długie, tlenione blond włosy, pełny makijaż, lekarski uniform. Nie wygląda na swój wiek.

Diagnoza jest ekspresowa. Pomiar ciśnienia, ważenie, spojrzenie głęboko w oczy, pokazanie języka — i już wiadomo, co dolega pacjentowi: według Enji nasza reporterka ma problemy z jajnikami, kręgosłupem, ogólnie zakwaszony organizm oraz bliżej niezidentyfikowaną alergię.

Reporterka mówi, że chce się odchudzić. Najlepiej tabletkami odchudzającymi o nazwie Miaozi. Jak można wyczytać na forach internetowych, chudnie się po nim ekspresowo.

Ale lekarka jest ostrożna. Tydzień przed naszą wizytą w jej gabinecie była przecież policja. Enji i 26-letni Polak, właściciel gabinetu, zostali przewiezieni na komendę i przesłuchani. Wśród zarekwirowanych przez funkcjonariuszy leków był właśnie Miaozi. Lek nie jest legalnie sprzedawany w Polsce, bo zawiera sibutraminę. To substancja używana do leczenia otyłości, ale tylko pod ścisłą kontrolą lekarza. Legalnie dostępna w dwóch lekach: Meridii i Zelixie. Obie wyłącznie na receptę.

Teraz Enji jest nieufna i nie chce sprzedać naszej reporterce Miaozi. Długo zapewnia, że nie oferuje pacjentom leków zawierających sibutraminę. — To niebezpieczne, szkodzi na nerki i serce — przekonuje. Dostajemy jedynie chińską herbatkę i Meizhi Tanc — pakowany w Polsce suplement diety.

Tydzień później z naszą ukrytą kamerą idzie Anna (imię zmienione), dziewczyna, która faktycznie odchudzała się u Enji kilka miesięcy temu. Tabletki, które wtedy dostała omal nie zrujnowały jej zdrowia. Lekarka pamięta ją, jest rozmowna, znika podejrzliwość. Bez problemu sprzedaje dziewczynie sprawdzony już przez nią „lek na odchudzanie": żółte tabletki bez opakowania. — Te żółte to schować, bo może stoją gdzieś — ostrzega, bo obawia się policji.

Szeroko opowiada o policyjnej akcji w swoim gabinecie, o tym, że zabrali najbardziej skuteczne leki i że przez jakiś czas może mieć kłopoty z dostawami. Przyznaje też, że te „najlepsze" leki są bez atestów. — Faktury są, ale nie ma testów. Kto by testy robił, to milion złotych kosztuje — tłumaczy. — Ale my atesty szukamy, na pewno przykleimy i będę dalej sprzedawać — dodaje.

Za sto złotych cudowny lek odchudzający trafia do kolejnej klientki. Większości kobiet, które przychodzą do doktor Enji, nie przeszkadzają skutki uboczne: kołatanie serca, suchość w ustach, napady agresji. I fakt, że po następne dawki do pchają je już nie zbędne kilogramy, ale uzależnienie.

"System nerwowy jak porwana chusteczka"

Elżbieta Łyczewska, psycholog kliniczny zajmujący się terapią uzależnień w Ośrodku Interwencji Kryzysowej Stowarzyszenia Karan, przestrzega przed działaniem substancji psychoaktywnych. — Niezdolność do koncentracji, euforia przechodząca w depresję, wychudzenie, pryszcze, podkrążone oczy: te środki wchodzą w interakcje z całym organizmem, ciałem i psychiką — wyjaśnia w rozmowie z portalem tvn24.pl.

— Powodują nagły przypływ energii, idzie za nim spalanie tłuszczu, ale potem następuje zmęczenie, wręcz wyłącznie z życia. Tak, jakby wziąć chusteczkę higieniczną i wyginać na wszystkie strony. W końcu się porwie. Te substancje tak właśnie działają na system nerwowy — dodaje.

Ponadto „leki" szybko uzależniają i trzeba brać kolejne dawki, żeby w ogóle funkcjonować. W skrajnych przypadkach może to się skończyć zapaścią i zagrożeniem życia — ostrzega Łyczewska.

Policyjny nalot na gabinet medycyny naturalnej

We wtorek policjanci wkroczyli do gabinetu mongolskiej pseudolekarki Enji. Funkcjonariusze znaleźli nielegalne specyfiki, ale kobieta pozostanie na wolności. — Nie ma podstaw, by żądać aresztowania osoby, której grozi 2-3 lata więzienia — powiedział w TVN24 Marcin Szyndler ze Stołecznej Komendy. Kilka dni po policyjnym nalocie kupiliśmy u niej pigułki na odchudzanie zawierające niebezpieczne dla zdrowia substancje, w tym zabronioną w Polsce fenfluraminę. We wtorek, po naszych publikacjach, policja przeszukała gabinet przy ul. Czerniakowskiej. Część leków znaleziono w szafkach, część u lekarki w torebce, pozostałe — w opakowaniach po legalnych medykamentach. Policja zabezpieczyła też sporą ilość gotówki — dowiedziała się TVN24.

Na razie nie wiadomo, czy pseudolekarka i właściciel gabinetu zostaną przesłuchani. Raczej nie trafią do aresztu. Jak poinformował w TVN24 Szyndler, nie stosuje się aresztu dla przestępstw zagrożonych więzieniem do trzech lat — mimo, że dr Enji wznowiła praktykę po pierwszym policyjnym nalocie w kwietniu.

— Wielokrotnie trafiamy powtórnie do takich gabinetów. Ma to znaczenie, gdy właściciel stanie przed sądem, wymiar kary może być wtedy większy — stwierdził policjant.

Osoba, która handluje niedozwolonymi w Polsce lekami, narusza ustawę o lekach i prawo farmaceutyczne i odpowiada za nielegalny obrót specyfikami bez atestu Jeśli się uda to dowieść, może też zostać oskarżona o przemyt i o handel narkotykami.

To nie pierwszy nalot na gabinet lekarki. Policjanci interweniowali już w kwietniu tego roku. — Policjanci weszli wtedy do gabinetu medycyny naturalnej i zabezpieczyli tysiące różnego rodzaju specyfików, których obrót był nielegalny na terenie Polski — poinformował na antenie TVN24 Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendanta Głównego.

Funkcjonariusze zabezpieczyli wówczas o wiele większą ilość tabletek niż dzisiaj. Oprócz toksycznych pigułek funkcjonariusze zarekwirowali m.in. maść z niedźwiedzia oraz preparaty z żółwi i węży. Pseudolekarka zalecała je na różne schorzenia, w tym na choroby neurologiczne i bezpłodność.

Na razie kobieta nie usłyszała zarzutów. Ale nie wykluczone, że odpowie za narażenie pacjentów na utratę zdrowia lub życia, a także za rozprowadzanie narkotyków.

Policja z ewentualnym postawieniem zarzutów czeka na ekspertyzy z laboratorium. Jak zapewnił rzecznik „tego typu działania są potrzebne po to, by — gdy sprawa trafi do sądu — mieć pewność, z jakiego rodzaju specyfikami mamy do czynienia".

Internauci o doświadczeniach po odchudzających kuracjach

— Brałam je przez miesiąc czasu. Faktycznie waga spadła o 6 kg w ciągu 2 tygodni, ale straszne bóle głowy, nerwowość, brak koncentracji, słabe pole widzenia, suchość w ustach i ogólne roztrzęsienie — napisała na Kontakt TVN24 internautka Aneta po porannej emisji materiału na temat mongolskich tabletek. Aneta pisze, że na szczęście w porę zorientowała się, co to za „cud" i zrezygnowała z niego. „Dlatego przestrzegam wszystkich, którzy biorą te pigułki" — apeluje. To nie jedyny taki apel.

Wielu widzów błyskawicznie zareagowało na publikację portalu tvn24.pl. Jak się okazało, problem z nielegalną dystrybucją wschodnich specyfików dotyczy wielu miast w w Polsce.

Internautka z Krakowa informuje: „Nie tylko w Warszawie sprzedawane są takie tabletki, ale również w Krakowie znajduje się taka przychodnia. Azjatycki lekarz sprzedaje tabletki w nieoznakowanych woreczkach, takich jak Państwo pokazywali. Wiem o tym, gdyż jakiś rok temu kupowałam tam z koleżanką "cudowne tabletki na odchudzanie" — napisała Klaudia.

Wstydliwy temat

Dla wielu osób temat otyłości i odchudzania jest absolutnym tematem tabu. Dlatego najlepszym powiernikiem sekretów jest inny użytkownik forów internetowych. Tutaj oprócz tego, że każdy może otwarcie powiedzieć o swoim problemie z nadwagą, o którym w prawdziwym życiu za pewne tak swobodnie by nie opowiadał, może także podzielić się doświadczeniami z przebytych kuracji.

Postów na temat cudownych sposobów odchudzania na wielu forach internetowych jest mnóstwo. Jak można wyczytać na jednym z nich, jest pewna magiczna pigułka, po której chudnie się w błyskawicznym tempie — chodzi o Meizitang.

„Brałam meizitang przez miesiąc. Straciłam 12 kg. Znów wchodzę w ulubione kiecki. Szczerze mówiąc, czułam się bardzo dobrze: przypływ energii i pobudzenie pomagały mi w codziennych obowiązkach, a na suchość w ustach łatwo zaradzić — dużo pić, a co do niewydolności nerek, to na to też jest woda — piłam 5 litrów wody mineralnej dziennie…" — pisze na forum jedna z internautek.

Jest wiele forowych postów, w których użytkownicy wręcz polecają chińską kurację. Tutaj ważniejszy jest efekt szczupłej sylwetki, niż ewentualne dolegliwości i skutki uboczne magicznych tabletek. „Halo dziewczyny, wiele się mówi dobrego i złego o tym preparacie. Brałam M… przez 30 dni i zleciałam na wadze prawie 10 kg. Teraz się cieszę nową figurą i czekam z utęsknieniem na słońce i plażę. Nie miałam żadnych dolegliwości. Trzeba jednak dużo pić, na prawdę dużo. (...) Jedyny minus to nieprzespane noce. Ale czego nie robi się dla osiągnięcia wymarzonej figurki!!! Trzymajcie się laski" — pisze zadowolona właścicielka nowego, szczupłego ciała.

Na forach częstymi użytkownikami są również mężczyźni, którzy chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i opiniami na temat „naturalnej" kuracji odchudzającej. "Brałem Meizitang przez pół roku i skutkuje w 100%; oczywiście przy odpowiednim odżywianiu, czyli należy całkowicie odstawić słodycze — radzi usatysfakcjonowany młody chłopak.

I dodaje jak prawdziwy ekspert od odchudzania, że „słodycze warto zastąpić suszonymi owocami, a już po wzięciu pierwszej dawki leku nie ma się ochoty na słodycze". Dalej mężczyzna przyznaje, że od zawsze walczył z nadwagą. „Ćwiczenia fizyczne nie pomagały, a teraz po kuracji jestem szczęśliwym szczupłym facetem" — cieszy się internauta. Na koniec radzi, żeby „w trakcie brania leku jeść normalnie 4 razy dziennie, w odstępach 3 godzinnych, a nie katować się i nic nie jeść, bo lek jest dość silny. Należy uważać na podróbki, najlepiej iść do profesjonalnego gabinetu med. wschodu".

"Nie kupujcie tego g...a"

Na szczęście na forach udzielają się też „pacjenci", dla których stosowanie chińskich ziółek, oprócz zrzuconych kilku kilogramów, zakończyło się sporym uszczerbkiem na zdrowiu.

„Nie kupujcie tego g...a, już wiele osób wylądowało po tym w szpitalach z uszkodzeniami nerek i wątroby. Skład preparatu jaki widnieje na opakowaniu to lipa. To "cudo" jest niebezpieczne dla zdrowia" — apeluje dziewczyna, która ukrywa się pod pseudonimem Lala.

Dla wielu osób skład magicznych pigułek nie jest nieznany. Właściwie większość doskonale zdaje sobie sprawę, że Meizitang jest substancją psychoaktywną. "Ten lek zawiera sibutraminę ...pochodną amfetaminy, świństwo jakich mało… Niszczy wątrobę, nerki, serce, można się uzależnić i popaść w depresje lub psychozę — ostrzega kolejny użytkownik forum.

„Brałam to świństwo polecone przez koleżankę. Straszna susza w jamie ustnej, zawroty głowy i brak koncentracji (...) nie mam zamiaru przełknąć ani jednej tabletki więcej. Trzymajcie się od tego z daleka!" — ostrzega kolejna internautka.

Meizitang (zastępcza nazwa Miaozi, przyp. red.) to lek, który od kilku lat jest nielegalnie sprzedawany w Polsce. Zawiera sibutraminę, która jest substancją używaną do leczenia otyłości, ale tylko pod ścisłą kontrolą lekarza. Legalnie dostępna w dwóch lekach: Meridii i Zelixie. Obie wyłącznie na receptę.

Każdy może leczyć. Szkodzić też

Po naszej publikacji rozpętała się prawdziwa burza. Minister zdrowia podkreślała na konferencji prasowej, że w Polsce dopuszczane są do obrotu wyłącznie leki zarejestrowane w naszym kraju: — Jest tylko jeden wyjątek: gdy my sprowadzamy określony preparat na import docelowy — mówiła Ewa Kopacz i zaznaczyła: — Poza tym wszystkie specyfiki muszą być zarejestrowane.

Według dr Cabały-Kucharskiej, Polska jest jednym z nielicznych europejskich krajów, gdzie w dziedzinie medycyny niekonwencjonalnej panuje pełna dowolność. Akupunktura, sprzedawanie ziół, kręgarstwo — każdy może się ogłosić specjalistą od medycyny niekonwencjonalnej. I otworzyć gabinet. Nie reguluje tego żadne prawo.

Rada do Spraw Niekonwencjonalnych Metod Terapii przygotowała projekt, który miał w ostatnich dniach trafić do resortu zdrowia. Czy trafił i jakie będą jego dalsze losy? Służby prasowe ministerstwa zdrowia od rana sprawdzają dla nas, czy projekt Rady już do nich wpłynął. Tymczasem PiS postanowiło wypowiedzieć się w tej sprawie.

Na konferencji prasowej Bolesław Piecha zaapelował do marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego o podjęcie prac nad przygotowanym przez PiS projektem ustawy o zawodach medycznych. — Sytuacja na rynku usług zdrowotnych musi zostać uporządkowana, aby nie działali na nim paramedycy czy znachorzy. Nikt nie jest w stanie ich rozliczyć, nie są pociągani do żadnej odpowiedzialności. Ustawa jest już przygotowana. Marszałek powinien nadać temu priorytet.

Złożony pod koniec marca przez PiS projekt zakłada wprowadzenie certyfikatów dla wszystkich osób świadczących usługi w dziedzinie medycznej — w tym dla fizjoterapeutów, opiekunek do dzieci, czy optyków. Certyfikat wydawałoby Ministerstwo Zdrowia i mógłby on zostać cofnięty, jeśli na działalność danej osoby wpływałby skargi.

"Gabinet może otworzyć każdy"

— Cały problem polega na tym, że w naszym kraju brakuje środków prawnych, by takie placówki weryfikować — mówi w rozmowie z portalem tvn24.pl dr Cubała-Kucharska. — Praktycznie każdy, kto chciałby otworzyć tego typu działalność, może iść do urzędu gminy i się zarejestrować. Nie musi okazywać żadnych papierów, ukończenia żadnych szkół, posiadać żadnych dyplomów. Wystarczy, że zgłosi się jako zielarz, cudotwórca czy gabinet medycyny naturalnej i to jest rejestrowane z automatu — dodaje.

Skutki bywają opłakane. Pacjenci z problemami z kręgosłupem, którym działania domorosłych kręgarzy zniszczyły zdrowie. Ofiary podejrzanych pigułek odchudzających czy oczyszczających, skutecznych, ale uzależniających i niebezpiecznych dla życia. Ich „lekarze" spod znaku medycyny naturalnej nie ponoszą żadnej odpowiedzialności

— Żyjemy w kraju, który nieprawdopodobnie potrzebuje uregulowań w tym zakresie. Ale jest spory opór środowiska. Izby lekarskie dość niechętnie podchodzą do tematu medycyny naturalnej. Najchętniej by jej zakazali. Ale to niemożliwe — jesteśmy w UE i metody tam uznane powinny być tu też dostępne — mówi nam dr Cubała-Kucharska.

Radziwiłł: państwo nie może przyznawać certyfikatów magikom

Jednak według lekarzy wszelkie nadawanie certyfikatów osobom zajmującym się medycyną naturalną będzie sygnałem, że państwo akceptuje tego typu praktyki. Lub wręcz traktuje je jako równoległe z medycyną konwencjonalną. A temu się sprzeciwiają.

— Nie ma czegoś takiego jak medycyna niekonwencjonalna. Jest medycyna i postępowanie lecznicze niezgodne z zasadami, nienaukowe i bezpodstawne — mówi w rozmowie z portalem tvn24.pl prezes Naczelnej Izby Lekarskiej Konstanty Radziwiłł. Jego zdaniem osoby zajmujące się taką działalnością i mówiące swoim pacjentom, że ich leczą, popełniają przestępstwo.

— Jeśli osoba w czytelny sposób informuje, że nie jest lekarzem, to trudno ludziom zabronić bycia nierozsądnymi. Każdy rozsądny człowiek powinien wiedzieć, że leki kupuje się w aptece, a lekarz przyjmuje w szpitalu — twierdzi stanowczo.

Mimo niechętnego stanowiska lekarzy Rada do Spraw Niekonwencjonalnych Metod Terapii od 1999 roku pracuje nad ustawą, która regulowałaby kwestie. Rada, korzystając ze standardów Światowej Organizacji Zdrowia, proponuje m.in., żeby każdy chcący przyjmować pacjentów pod szyldem gabinetu medycyny naturalnej, przechodził podstawowe przeszkolenie przez polskie jednostki medyczne i musiał przedstawić swoje kwalifikacje.

— Ja jestem przeciw. Trudno regulować coś, co jest czarami, magią. I trudno żeby państwo angażowało się w wydawanie certyfikatów dla wróżek, czarodziejów i innych osób, które poruszają się w sferze, która w ogóle nie jest do regulowania. Tu można zrobić więcej szkody niż pożytku — uważa Radziwiłł.

— Jeśli taka osoba będzie się legitymować państwowym dyplomem, certyfikatem, który stwierdza, że ona może to robić, to także jest element oszustwa w stosunku do potencjalnego pacjenta — dodaje.

Jednak, zdaniem Rady, lepsze niedoskonałe regulacje, niż żadne. — Najgorszy problem to ci po jednodniowym kursie gdzieśtam albo ci, którzy przeczytali książkę, którzy nie mają nic wspólnego z medycyną i zabierają się za leczenie. To bardzo, bardzo powszechne zjawisko i nie można tego w żadne sposób sprawdzić. Pacjent nie zweryfikuje, czy dyplom w gabinecie nie został spreparowany na drukarce lub czy ten kurs był rzetelny — ostrzega dr Cubała-Kucharska.

Według niej to społeczeństwo powinno nalegać na to, by kwestie medycyny naturalnej zostały uregulowane. — Dopóki lekarze, kręgarze i zielarze nie będą w jakiś sposób weryfikowani przez ministerstwo zdrowia, pacjenci będą zagrożeni — uważa lekarka.

[tekst. m.in. Katarzyna Wężyk]

Zobacz więcej informacji na ten temat w TVN24:

Komentarz racjonalista.pl

Mam nadzieję, że ten kazus wznieci dyskusję o „naturalnej" pseudomedycynie i rzeszom szarlatanów robiących biznes pod szyldem leczenia.

Jestem zakłopotany tym, że akurat PiS grzmi o wyeliminowaniu z rynku medycznego paramedyków i znachorów, ale należy poprzeć ten apel do marszałka Komorowskiego, aby „odmroził" projekt tej ustawy i nadał jej bieg. Pod warunkiem oczywiście, że nie dopuszcza ona jakiegokolwiek certyfikowania „medycyny niekonwencjonalnej", czyli dzielenia pseudomedyków na legalnych i nielegalnych.

Moja wątpliwość bierze się z bardzo interesującego tekstu Leszka Misiaka z „Gazety Polskiej" pt. „Znachorskie lobby w parlamencie", który PiS umieścił na swoim portalu. Misiak pisze tam komentując projekt PiSu o groźbie utraty licencji przez znachora. Nie można dopuścić do licencjonowania znachorstwa! Mamy już certyfikowanie „leków" homeopatycznych, co uspokaja aptekarzy handlujących nadzieją.

PiSowskie zapowiedzi walki ze znachorami są niewiarygodne w ustach Bolesława Piechy, który jako wiceminister zdrowia polemizował z Konstantym Radziwiłłem i bronił homeopatii (zob. „Służba Zdrowia", 55-58/2006)

Warto oczywiście robić wszystko, aby wyeliminować z rynku jak najwięcej pseudomedyków. Licencja na leczenie — tak, pod warunkiem, że zasady ułoży się tak, aby nie powtórzono błędów „stanu prawniczego" i aby nie doszło do korporacyjnej kastowości zawodu medyka. Drugie to wspomniane już niebezpieczeństwo wprowadzenia szarlatanów certyfikowanych i niecertyfikowanych. Certyfikacja musi opierać się na naukowej wiedzy medycznej.

Głównie jednak idzie wprowadzenie odpowiedzialności cywilnej oraz karnej za szkodliwe skutki szarlatanerii. Aby nie mogli się zasłaniać działaniem w dobrej wierze. Irracjonalna wiara części pseudomedyków nie powinna uwalniać od negatywnych konsekwencji dla innych ludzi.

Wiem jednak, że lobby szarlatanów silne jest. Nawet niektórzy członkowie PSR boją się otwarcie walczyć z homeopatią...

Obawiam się jednak, że państwowe rozwiązanie problemu pseudomedycyny jest bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe do wyobrażenia. Tolerancja i legalizacja szarlatanerii poszła już za daleko, aby można to było załatwić ustawą którą teraz PiS promuje.

To co się dzieje po wykryciu śmiercionośnego gabinetu „medycyny tybetańskiej" to istny polityczny kabaret! Piecha, obrońca homeopatii urządza konferencje prasowe na których zapewnia, iż jego partia chce walczyć z szarlatanerią, tylko im Komorowski „mrozi" ogień świętego oburzenia.

Jako specjalistka rządowa od ścigania szarlatanerii wypowiada się niejaka „dr" Magdalena Cubała-Kucharska. Sprawdziłem, ta pani niemal na pewno nigdy nie obroniła żadnej rozprawy doktorskiej. Jest „dr" po różnorakich kursach pseudonaukowych. Jest wybitną homeopatką. Czytamy o niej: Wiceprezes Małopolskiego Stowarzyszenia Lekarzy Homeopatów; Przedstawiciel Polski w Liga Medicorum Homeopatica Internationalis — Światowej Organizacji Lekarzy Homeopatów, współpracującej z WHO: Przedstawiciel Polski w European Community for Homeopathy — Organizacji Europejskich Stowarzyszeń Lekarzy Homeopatów, opracowującej regulacje prawne w zakresie homeopatii na potrzeby Unii Europejskiej. Oto specjalistka rządowa ds. szarlatanerii!

Wypowiada się z ramienia komórki rządowej pod nazwą Rada do Spraw Niekonwencjonalnych Metod Terapii, którą prof. Andrzej Gregosiewicz, kierownik Kliniki Ortopedii Dziecięcej w Lublinie, nazywa Radą Szamanów. Rada owa została powołana przez Ministra Zdrowia Mariusza Łapińskiego (SLD) w 2002 r. Początkowo jednak w gronie tym nie było „alternatywistów". Zmienił to kolejny eseldowski minister zdrowia — Leszek Sikorski, który już dwa dni po swoim namaszczeniu na ministra wydał rozporządzenie wciągające do Rady homeopatkę Cubałę-Kucharską — świeżo upieczoną absolwentkę medycyny naturalnej KOINE. Przed końcem swego ministrowania zdążył jeszcze Sikorski wciągnąć do Rady akupunkturzystę.

Cabała-Kucharska na swoich stronach podaje, że polskie Ministerstwo Zdrowia wysłało ją oficjalnie na kongres medycyny alternatywnej do Srilanki, „gdzie zdobyłam podstawy wiedzy z zakresu medycyny ajurwedyjskiej". Jak się dowiedziałem od specjalistów w tym zakresie: "Ajurweda to system holistycznej medycyny naturalnej dany ludzkości przez Anioły, Bogów (Dewy)".

No ale jak płaci się kapelanom szpitalnym to niby dlaczego nie płacić homeopatom… Być może już niedługo polskie władze utworzą „trójki szpitalne": kapelan, alternatywista plus ...grabarz. Medycyna chrześcijańska, tybetańska — i do piachu.

Myślicie, że katolicyzm jest sprzeczny z „medycyną Wschodu"? Oto czytam, że Małgorzata Świątkowska — członkini zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich, dyrektorka bydgoskiej przychodni rejonowej, zwierza się na łamach biuletynu Bydgoskiej Izby Lekarskiej, iż jest także poetką i homeopatką. Oto sam szczyt uduchowienia! Tylko po co do tego Hipokratesa mieszać?

Mongołka też sobie w gabinecie zawiesiła Jana Pawła. Klientki to przecież pewnie katoliczki...

Zostawmy jednak czarny humor i wróćmy do politycznego kabaretu. Oburzenie rządowych obrońców homeopatii na nazbyt chytrą Mongołkę, która wykoleiła swój pseudomedyczny biznes jest skrajnie niepoważne — przecież główny problem z pseudomedycyną tkwi w nieszczęsnym Prawie farmaceutycznym, przepchniętym w 2001 r. za rządów solidarnościowego ministra Opali, oddanego zresztą działacza duszpasterstwa akademickiego. Owo prawo zawiera art. 21, który stanowi m.in. "Produkty lecznicze homeopatyczne… nie wymagają dowodów skuteczności terapeutycznej" oraz: "Produkty lecznicze homeopatyczne… podlegają uproszczonej procedurze dopuszczenia do obrotu". To jedne z najbardziej skandalicznych i niedorzecznych przepisów polskiego prawa, których zniesienie powinno być punktem honoru wszystkich polityków i działaczy społecznych mieniących się racjonalistami, szanującymi wiedzę naukową.

Musimy coś z tym zrobić! Bo jeśli my tego nie ruszymy, to kto?

Na początku podpisuję się pod postulatami prof. Andrzeja Gregosiewicza:

  1. Rozpędzenie na cztery wiatry Rady Szamanów
  2. Odebranie homeopatom wzorem USA prawa wykonywania zawodu lekarza medycyny
  3. Wykreślenie z Prawa farmaceutycznego art. 21 i zawiadomienie prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez „ekspertów", którzy dopuścili do przepchnięcia tego artykułu.
  4. Rozwiązanie w państwowych uczelniach wszystkich zakładów chemii i farmakologii, które zajmują się zjawiskami paranormalnymi („pamięć wody", „dynamizacja leku" itp.)
  5. Odebranie prawa szkolenia podyplomowego autorom homeopatycznej części programu specjalizacji dla farmaceutów.
  6. Wyprowadzenie produktów homeopatycznych z aptek i wstawienie ich do supermarketów (obok gumy do żucia)

Jeśli ktoś ma wątpliwości na ten temat, zachęcam do przeczytania raportu specjalnego magazynu „Służba Zdrowia" z 24 lipca 2006: „Homeopatia: największe oszustwo w dziejach medycyny?".


Mariusz Agnosiewicz
Redaktor naczelny Racjonalisty, założyciel PSR. Kontakt online (GG, Skype)

Profil użytkownika Mariusz Agnosiewicz
Mariusz Agnosiewicz's Facebook Profile
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 516  Pokaż inne teksty autora

 Oryginał.. (http://psr.racjonalista.pl/kk.php/s,5870)
 (Ostatnia zmiana: 07-05-2008)