Społeczeństwo »
LaicyzacjaW którym miejscu historii jesteśmy? [1]
Autor tekstu: Anthony C. Grayling
Tłumaczenie: Małgorzata Koraszewska
W którym miejscu historii jesteśmy? Czy zbliżamy się do końca historii ludzi,
albo dlatego, że czynimy nasz świat miejscem nie nadającym się do zamieszkania, albo
dlatego, że wojny i konflikty, które nas wiecznie dręczą, nasilą się do poziomu
katastrofy? Czy też jesteśmy na początku historii, dopiero co zdobywszy środki -
dzięki technice i jej obietnicy dla edukacji, zdrowia, komunikacji i globalnej
zgody — które pomogą nam wreszcie zmądrzeć na tyle, by żyć w pokoju i byśmy
całkowicie mogli poświęcić naszą wspólną energię i zasoby na dążenie do postępu?
Odpowiedź na oba pytania brzmi „tak" — i wcale nie jest to sprzeczność. Możemy
być blisko końca ludzkiej historii z powodu zniszczenia środowiska lub
wymknięcia się konfliktów spod kontroli — a prawdopodobnie z obu powodów,
ponieważ każdy z nich pogarsza ten drugi. Jeśli jednak przetrwamy zmianę klimatu i groźbę wojen nuklearnych, stwierdzimy, że nadal jesteśmy na wczesnym etapie
ludzkiego rozwoju, niedojrzałym etapie, zaledwie młodzieńczym, nadal przywiązani
do dziecięcych wiar i praktyk, które hamują nas i powodują pogłębienie zagrożeń
naszej egzystencji.
Główną z tych dzielących, uwsteczniających przeszkód są przesądy, z których
bynajmniej nie najmniejszą jest zorganizowana postać przesądów — religia. Nie
można przecenić hamulca, jaki religia stanowi w ludzkiej historii, stojąc na
drodze postępu ku indywidualnemu wyzwoleniu, zdobywaniu i stosowaniu wiedzy
naukowej, rozwoju otwartego i pluralistycznego społeczeństwa i przyjęciu
humanitarnej moralności, która jest tolerancyjna, szczodra, włączająca i sprawiedliwa i w której fakt bycia człowiekiem, nie zaś pochodzenie etniczne,
płeć czy orientacja seksualna jednostek, determinuje sposób, w jaki traktujemy
się wzajemnie.
Oczywiście religia nie jest jedynym problemem, przed jakim stoi ludzkość — różne
formy niesprawiedliwości, w tym ekonomiczne, także znajdują się między tymi
problemami — ale religia jest bardzo wielkim problemem, a w ostatnich latach
powróciła i bardziej otwarcie i aktywnie sprzeciwia się nowoczesnemu światu. W Ameryce widzimy kreacjonistów sprzeciwiających się nauce i edukacji naukowej,
anglikanie odmawiają poparcia związkom homoseksualnym, katolicy przeciwstawiają
się ważnym badaniom medycznym, ultra-ortodoksyjni żydzi prowokacyjnie budują
osiedla na ziemi palestyńskiej, hindusi tłuką muzułmanów na śmierć,
fundamentalistyczni muzułmanie uciskają kobiety, reagując z infantylną
gwałtownością na krytykę ich świętych tekstów i proroków, a bardziej skrajni
zachęcają do masowych mordów przez terroryzm. To jest tylko pobieżny przegląd
sytuacji nie do zaakceptowania, w której duża część ludzkości pozostaje do
pewnego stopnia zniewolona przez mity pochodzące z ciemnej i niepiśmiennej
przeszłości sprzed kilku tysięcy lat.
Nastąpiła jednak zasadnicza zmiana postaw wobec religii przez ludzi, którzy nie
podzielają jej przekonań. Do końca XX wieku była to postawa wobec „słonia w składzie
porcelany". Ludzie niewierzący na ogół milczeli uprzejmie, kiedy spotykali
się z kimś, kto deklarował swoją wiarę, chociaż to zazwyczaj tylko tym ostatnim
brakowało smaku lub wystarczającego obycia towarzyskiego, by mówić o swoim
zaangażowaniu religijnym w — jak można uważać — niewłaściwych momentach, takich
jak przyjęcie lub zebranie w pracy. Jedyne publiczne oświadczenia na rzecz
religii, wygłaszane przez na oko normalnych ludzi, były oświadczeniami
amerykańskich polityków startujących w wyborach; czasami z komicznymi
rezultatami. Kandydat demokratyczny z Nowej Anglii, Howard Dean, skłaniany przez
swoich „opiekunów" do robienia przyjaznych wobec religii gestów, by zdobyć
głosy w tzw. pasie biblijnym, zapytany o ulubioną księgę Nowego
Testamentu (proszę zauważyć: Nowego Testamentu) odpowiedział: „Księga
Hioba". Nikomu to nie przeszkadzało; coś powiedział o Biblii i to
wystarczyło.
Wszystko to jednak zmieniło się w bardzo określonym momencie. Potworność, znana
obecnie jako „11 września" — atak samobójczych fanatyków islamskich, wbijających
się
samolotami w dwie wieże World Trade Center — zmieniła wszystko. Nagle
ludzie, zachowujący dotąd uprzejme milczenie w zetknięciu z tymi, których wiara
oparta jest na przesądach niepiśmiennych pasterzy kóz, żyjących ponad dwa
tysiące lat temu, nie byli już dłużej gotowi zachowywać milczenia ani być
uprzejmi. Cała historia religijnego ucisku, represji, opozycji wobec postępu,
promocji szaleńczych i morderczych pewników, zdolność usprawiedliwiania
straszliwego zła, nagle wkroczyła z hałasem na arenę. Słoń rzuca się po składzie
porcelany, zadeptując ludzi na śmierć i uprzejme ignorowanie go nie jest już
dłużej opcją.
Krytycy religii mówią teraz otwarcie i zdecydowanie, co naprawdę o niej sądzą -
ta otwartość powoduje, że wierni protestują z oburzeniem: ale wierni zapominają,
że gdziekolwiek i kiedykolwiek mają przewagę, nie ograniczają się do
zdecydowanej mowy przeciwko tym, którzy im się przeciwstawiają, ale podejmują
zdecydowane działania: paląc ludzi na stosach, łamiąc ich kołem, wieszając, jak
to robią dzisiaj w Iranie, kamienując, jak to robią dzisiaj w Arabii
Saudyjskiej, ucinając im głowy, jak to robią dzisiaj w kontrolowanej przez
talibów części Afganistanu.
Apologeci religii protestują, że jest to tylko jednostronna karykatura religii:
nalegają, byśmy pamiętali o dobroczynności, sztuce, chorałach gregoriańskich, wzniosłych
katedrach, pociesze dostarczanej przez wiarę, o duchowym wymiarze życia. Te rzeczy są
umyślnie ignorowane przez naszych krytyków, mówią religianci, to daje umyślnie i złośliwie wypaczony obraz religii.
Odpowiadam na to: akty dobroczynności, tworzenie pięknej sztuki, dawanie
pociechy, wzmożone poczucie tajemniczości wobec jedności i majestatu
wszechświata nie są monopolem ludzi religijnych. Istnieje wielu niewierzących,
którzy są dobroczynni, pocieszający, są twórcami i miłośnikami sztuki i głęboko
porusza ich wszechświat. Ci ludzie nie uważają, że te rzeczy można wyjaśnić
wyłącznie w kategoriach istnienia sił nadnaturalnych, które równocześnie grożą
wiecznymi męczarniami niewiernym i gejom oraz skłaniają swoich wiernych do
zabijania i umierania za to, w co przesądnie wierzyli dawno temu pasterze kóz.
Nie, te pozytywne rzeczy, które obrońcy religii chcieliby zarezerwować dla
religii, nie są jej monopolem; ale zabijanie ludzi za rzekome bluźnierstwo i herezję, za wiarę w fałszywych bogów, za profanowanie takich fetyszów jak święte
księgi, ikony lub pamięć proroków, za nie noszenie brody, jedzenie mięsa w piątki, bycie kobietą, która ośmiela się myśleć lub wybierać samodzielnie — te
przestępstwa popełniane są tylko za specjalną sankcją religii; są oznakami
patologii umysłowej, jaką jest wiara religijna.
Jednym z głównych zadań dla zmniejszenia konfliktów i zacofania naszego świata
jest więc zmniejszenie utrapień spowodowanych religią. Powiem więc wyraźnie, co
przez to rozumiem:
Chodzi tu o trzy dające się rozdzielić, ale w sposób naturalny powiązane debaty.
Jest to metafizyczna debata o to, co zawiera wszechświat. Jest to debata o miejscu organizacji i ruchów religijnych w społeczeństwie. I jest to debata o podstawach i naturze etyki. Pierwsza dotyczy kłótni między teistami i ateistami.
Druga dotyczy świeckości i stopnia teokracji, na jaki społeczeństwo powinno się
zgodzić. Trzecia dotyczy twierdzeń teistów, że nie może istnieć moralność bez
niewidzialnej siły policyjnej w niebie, która ukarze cię po śmierci, jeśli
zgrzeszyłeś, i nagrodzi za zachowanie zgodne z instrukcjami religii. Humanizm
jest zestawem niereligijnych alternatyw dla takiej etyki.
W kolejnych esejach omówię pierwszą i trzecią debatę — metafizyczną i etyczną.
Tutaj wystarczy kilka uwag o kwestii świeckości.
W każdym liberalnym społeczeństwie demokratycznym ludzie muszą mieć wolność
myślenia i wierzenia w co chcą, pod warunkiem, że nie szkodzi to innym. Problem
polega na tym, że religia, aż nazbyt często, szkodzi. Główną zaś przyczyną, że
jest w stanie to robić, jest jej wyolbrzymione miejsce w sferze publicznej.
Weźmy Wielką Brytanię jako wyraźny przykład: anglikańska wersja chrześcijaństwa
jest religią państwową. Dwudziestu sześciu biskupów ma prawo zasiadania w Izbie
Lordów, gdzie głosują nad ustawami dotyczącymi całego kraju; szereg
emerytowanych biskupów i arcybiskupów ma dożywotnią godność para, żeby
rozszerzyć te szeregi. Pieniądze podatników idą na finansowanie szkół
wyznaniowych, zamykając w ten sposób dzieci w gettach odrębnych społeczności
religijnych — eksperyment, który gwałtownie i tragicznie nie udał się w Irlandii
Północnej, ale mimo tego jest rozszerzany na całą Brytanię. Finansowana z publicznych środków BBC, ma specjalną redakcję „Religion and
Ethics Broadcasting Unit", która nadaje kilka programów religijnych w każdym
dniu tygodnia, w każdym tygodniu w roku. A wszystko to dzieje się mimo, że liczba ludzi regularnie uczęszczających co tydzień do
kościołów, meczetów, świątyń i synagog wynosi razem mniej niż 10% populacji
kraju. Jest to bardzo wyraźny przykład rażąco wzmocnionego głosu, niezmiernie
rozdmuchanej, publicznie subsydiowanej obecności religii na arenie publicznej.
Oczywiście, Wielka Brytania w żadnym razie nie jest pod tym względem sama na
świecie.
Rozwiązanie? Powinno się uznać religijne organizacje i ruchy, i one same powinny
się uznać, za to, czym są: samo ustanowionymi grupami interesu, organizacjami
społeczeństwa obywatelskiego tego samego pokroju co partie polityczne, związki
zawodowe, grupy nacisku i organizacje pozarządowe. Mają wszelkie prawo istnieć i zabierać głos, ale nie jest to prawo większe niż jakiejkolwiek innej, samo
ustanowionej grupy w społeczeństwie obywatelskim. Te inne grupy nie dostają
publicznych pieniędzy, nie są wyłączone z opodatkowania, nie mają własnych
programów telewizyjnych, miejsc w parlamencie i pieniędzy podatników na
prowadzenie szkół do nawracania młodzieży na swój partyjny, związkowy lub
filatelistyczny sposób myślenia. Religie wykorzystują swoją historyczną pozycję,
by zdobyć olbrzymią przewagę nad innymi takimi organizacjami. Używają jej do
krępowania nóg nauki, społeczeństwa i postępu swoimi reakcyjnymi poglądami; w większości państw świata używają jej do ujarzmienia kobiet, mordowania tych,
którzy nie zgadzają się z ich wiarą lub nie przestrzegają ich praktyk,
usprawiedliwiania wojen i ogólnie — zbyt często — stanowią raka w ciele
ludzkości.
Poza zdegradowaniem grup religijnych do szeregów zwykłych organizacji w społeczeństwie obywatelskim przez odebranie im wielu rozmaitych przywilejów,
które utrzymują megafon przy ich ustach, pozwalając na nagłośnienie wykraczające
poza wszelkie proporcje do ich zasług lub liczebności członków, istnieje trudne
pytanie, czy, jeśli chcą prać mózgi swoim małym dzieciom, powinno się im na to
pozwolić, nawet jeśli dzieje się to na ich koszt? Zasady liberalne i akceptacja
poglądu, że rodzice mają prawo decydowania o wierze i edukacji swoich dzieci,
wskazują, że należy to zaakceptować. Niemniej zastanawiam się. Czy społeczeństwo
ma obowiązek ochrony dzieci przed prozelityzmem? Pomyśl o szeregu pulchnych
niemowląt z plakietkami zwisającymi z ich szyjek: na jednej widać napis
„demokrata", na drugiej „komunista", na trzeciej „republikanin" — czy nie
bylibyśmy oburzeni? Ale tak samo jest z religią: nikt nie rodzi się
muzułmaninem, hindusem lub chrześcijaninem; potrzeba znacznego wysiłku, by z niemowlęcia zrobić wierzącego. Aby zostać żarliwym wyznawcą wiary, jakiego chcą
ich rodzice i społeczność, muszą wysłuchać wielu fałszów, zostać napakowane
wieloma fantazjami i absurdami i trzeba je pozbawić zdolności samodzielnego
myślenia w stopniu wystarczającym, by nie kwestionowały tych fałszów i fantazji.
1 2 Dalej..« Laicyzacja (Publikacja:
25-08-2009 )
Anthony C. Grayling Ur. 1949. Brytyjski filozof i pisarz. Profesor filozofii w Birbeck, Uniwersytet Londynu, oraz gościnny wykładowca St Anne's College w Oxfordzie. Studia filozoficzne oraz doktorat zakończył w Oxfordzie. Jest członkiem Królewskiego Towarzystwa Literackiego oraz Królewskiego Towarzystwa Sztuki. Miał stałą kolumnę w Guardianie, pisze regularnie dla Literary Review i Financial Times, ponadto dla Observer, Economist, Times Literary Supplement, Independent on Sunday oraz New Statesman. Często występuje w radio BBC. Jest redaktorem kilku akademickich czasopism. Przez blisko dziesięć lat był honorowym sekretarzem Towarzystwa Arystotelejskiego. Jest nadto członkiem Światowego Forum Ekonomicznego, członkiem grupy C-100, odpowiadającej za stosunki Zachodu ze światem islamskim. Były szef June Fourth, grupy zajmującej się prawami człowieka w Chinach Strona www autora
Liczba tekstów na portalu: 16 Pokaż inne teksty autora Najnowszy tekst autora: Cherie Blair - sędzia religijny, ale nie sprawiedliwy |
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 6752