Nauka »
Pseudonauka, paranaukaZakład Pascala z grabarzem
Autor tekstu: Andrzej Koraszewski
Koniec
homeopatii — pod takim tytułem „Lancet", jedno z najpoważniejszych
medycznych czasopism świata, opublikował przed trzema laty badania porównawcze
110 testów nad „lekami" homeopatycznymi.
Powtarzany do znudzenia argument miłośników homeopatii to twierdzenie,
że tak naprawdę przecież nie wiemy, bo nie było (lub było zbyt mało) badań
nad działaniem owych „leków"."Lancet"
wybrał te najpoważniejsze i położył
na stole wyniki. Mając w ręku tak trudną do zakwestionowania masę dowodów
autorzy raportu najwyraźniej mieli wrażenie, że tym razem pogrzebali tę
szarlatanerię raz na zawsze.
Publikacja
połączona była z krytyką raportu Światowej Organizacji Zdrowia, który
uznając, że nie ma żadnych dowodów na to, iż te leki działają, zdawał się
wyrażać pewne zastrzeżenia wobec
mówienia o tym głośno.
Uderzający
nonsens rozcieńczania niemającego związku z przyczynami choroby preparatu ad
absurdum wyśmiewany był tysiące razy i bez żadnych badań wskazuje na próbę
cudownej przemiany wody w „lek" na wszystko. Nawet ci, którzy nie są miłośnikami
dopatrywania się wszędzie zwykłego oszustwa dla zysku, powinni dostrzec, że
produkcja i handel „lekami" homeopatycznymi ma wskaźniki opłacalności
od 10X do 300C.
Testy
nad działaniem „leków" homeopatycznych przypominają do złudzenia badania
nad skutecznością modlitw. Przystępując do tego rodzaju badań z całym
rygoryzmem naukowej metody i tak
jesteśmy skazani na uzasadniony zarzut, że podejmując je pozbawieni jesteśmy
łaski wiary. (Tymczasem to przecież
sama wiara ma moc uzdrawiającą.)
Wydaje
się, że dalsze badania nad skutecznością „leków" homeopatycznych nie są
już potrzebne, zaś walczący z tym akurat wiatrakiem don Kichoci mogą albo
uznać swoją przegraną, albo poświęcić się refleksji (a może nawet
badaniom) nad ludzką potrzebą bycia oszukiwanym.
Homeopatia
nie jest jedynym polem, na którym spotykamy się z niezbitym dowodem, iż
potrzeba bycia oszukiwanym jest równie silna jak pociąg seksualny. Mamy
tu do czynienia z nieprawdopodobną teorią, którą łatwo sfalsyfikować i którą
wielokrotnie oraz skutecznie obalono. Homeopatia jest jak zdechła papuga ze
skeczu Monte Pythona. Jednak wiara w jej skuteczność najwyraźniej jakoś
wzbogaca życie duchowe klientów. W dziedzinie homeopatii zakład Pascala jest
wiecznie żywy.
Jak
pamiętamy, zakład Pascala oparty jest na argumentacji sprzedawcy ubezpieczeń.
Warto wierzyć w Boga, bo jeśli Bóg jest, to nasza wiara będzie stokrotnie
wynagrodzona, a jeśli nie ma, to przecież niewiele tracimy. Wielu autorów
podkreślało, że jest to zakład niemądry i amoralny. Amoralny — bo zakłada
akceptację poglądów, które wydaję nam się mocno podejrzane, w nadziei na
materialne nagrody po śmierci. Niemądry — bo te nagrody po śmierci są
delikatnie mówiąc iluzoryczne, a nadzieja wspiera się na założeniu, że Bóg
nagradza tylko lizusów (zaś hipokryzja mu w niczym nie przeszkadza), natomiast
założenie dodatkowe, że wiara w niczym nie szkodzi, jest ewidentnie fałszywe.
Bóg,
podobnie jak homeopatia, jest tylko teorią. Brak dowodów na istnienie Boga (co
przyznają również myślący wierzący, ratując się przed rozpaczą zabawnym
stwierdzeniem, że brak również dowodów na nieistnienie Boga).
Bóg
jest kiepską teorią, gdyż jak wiemy w żaden sposób nie można jej
sfalsyfikować. Często jednak przywołuje się argument o szczególnej
przydatności teorii o istnieniu Boga w życiu społecznym.
Jeśli
idzie o możliwości poznania otaczającego nas świata teoria Boga jest
nieprzydatna i wręcz szkodliwa. (Zdaje
sobie z tego sprawę wielu wierzących uczonych i głoszą oni zasadę
rozdzielonych magisteriów; a niektórzy z nich twierdzą nawet, że wchodząc
do laboratorium zostawiają Pana Boga w korytarzu, przy stojaku na parasole). O ile teoria Boga w żaden sposób nie pomaga uczonym, to z całą pewnością
zabija pragnienie poznawania natury u dzieci, dając im fałszywe odpowiedzi na
podstawowe dla procesu poznania pytania. Można powiedzieć, że religia
przekierowuje ludzką ciekawość z rzeczywistości na wirtualny świat aniołków,
diabełków, i duchów.
O
ile stosunkowo rzadko spotykamy się z argumentem, że religia sprzyja rozwojowi
nauki (być może zbyt dobrze jest tu znana historia zwalczania nauki przez
religie i częściej słyszymy argument, że jakaś religia mniej przeszkadzała
na tym polu niż inne), to szczególnie często podejmowany jest argument o tym,
że teoria Boga jest gwarantem ładu społecznego i moralności.
Ten
argument trzyma się tylko o tyle, o ile będziemy go odnosili do pierwotnej
anarchii i potraktujemy religię jako swego rodzaju analogię do absolutyzmu oświeconego.
Absolutyzm oświecony stanowił (zdaniem niektórych zgoła niezbędny) etap na
drodze do demokratycznego ładu opartego na prawie, partnerstwie i umowie społecznej.
Demokracja wymaga jednak długiego i żmudnego przygotowania, wykształcenia
umiejętności posługiwania się wolnościami i tworzenia ładu w drodze
negocjacji i kompromisów. Absolutyzm oświecony narzucał odgórnie reguły, których
społeczeństwo samo nie umiało jeszcze wyprodukować.
Religie
musiały powstawać w czasach, gdy zwiększała się liczebność pierwotnych
społeczności i prawo pięści (a nawet maczugi) stawało się niewystarczające,
gdyż władca nie wszystkich miał na oku i pojawiła się pilna potrzeba
autorytetu moralnego. Ustanowienie
autorytetu moralnego siłą było coraz trudniejsze, ustalenie autorytetu
moralnego w drodze dyskusji było niemożliwością, pozostawało przesunięcie
autorytetu moralnego o piętro wyżej i skorzystanie z naturalniej i odwiecznej
tendencji (być może nawet ewolucyjnej adaptacji dającej jakieś nadal nie
wyjaśnione korzyści) do czerpania przyjemności z powodu bycia oszukiwanym.
Teoria Boga pozwalała kończyć dyskusję o tym co słuszne, gdyż Bóg swoje
zdanie szeptał do ucha temu co na górze.
Dobrze
przedstawiona opowieść o pogwarce najwyższego kapłana z Panem Bogiem była
znakomitą namiastką sportów ekstremalnych, zaś prawo ludu do rozszarpania
jakiegoś sceptyka było nie tylko dodatkowym bonusem, ale i wzmacniało
poczucie jedności grupy oraz poczucie jedności z Bogiem.
Tę
ekstatyczną formę życia duchowego widzimy dziś podczas konfliktów narodowościowo-religijnych, gdzie nienawiść otwiera drogę do rozkoszy odbierania życia, dla
której nawet warto czasem samemu zginąć. Lęk przed śmiercią łagodzi
uczciwa
wiara w nagrody pośmiertne, chociaż jeśli się daje poprosić o przysługę
dziecko, czy umysłowo chorą kobietę, jest to uważane za rozwiązanie
korzystniejsze. (Praktyka stosowana ostatnio chętnie w Iraku.)
Tam
jednak, gdzie ład społeczny wspomagany przez sprawną policję nie pozwala na
mordowanie bliźnich, interesującą opcją jest walka na modnych barykadach. Tu
do najpopularniejszych należy osobliwie pojmowana obrona środowiska, walka z GMO, walka o godność nienarodzonych, walka z wielkim kapitałem, walka przeciw
klonowaniu, walka przeciw kupowaniu, walka dostarczająca radosnych emocji
robienia razem zadymy, jeśli nie można w majestacie miłości do Boga i ojczyzny nikogo zgwałcić ani podpalić.
Nie
wszystkim się jednak chce i wielu ubogaca swoje życie duchowe wiarą we wróżki,
jasnowidzów, czy UFO, zaś milcząca większość czerpie pociechę duchową z wiary w magiczną moc pudełeczka z napisem „lek homeopatyczny". Pilnują
rytuału, by zażyć je zgodnie z przepisem maga przed lub po jedzeniu,
odmierzają starannie kropelki, by nie przedawkować, kolekcjonują opowieści
co komu i na co pomogło.
Z
bogiem sprawa, kiedy owe „leki" leczyć mają niepokoje albo nawet katar,
gorzej kiedy uleczalną dziś chorobę czynią ponownie chorobą
śmiertelną. Wówczas pragnienie bycia oszukiwanym zamienia się w zakład
Pascala z grabarzem.
Hokus
pokus medycyny alternatywnej nie działa, bo nie może działać. Opisywaliśmy
na tych łamach zbiorowe samobójstwo grupy belgijskich uczonych, którzy
upewniwszy się, że przedawkowanie leków homeopatycznych grozi śmiertelnymi
konsekwencjami, zażyli przed kamerami telewizji „śmiertelne" dawki tych
leków i nadludzką siłą woli musieli się pilnować, aby nie było widać, że
są w stanie spożycia. Oczywiście byli w stanie spożycia, jako, że leki
homeopatyczne sporządzane są na słabo rozcieńczonym alkoholu. A przecież
rozpuszczanie jest samą kwintesencją homeopatycznej filozofii. Nasz autor,
Marcin Kwiek, poświęcił nawet tej kwestii cały poemat, który pozwalam sobie w całości i za zgoda autora zacytować, jako że nic tak nie przybliża nas do racjonalizmu jak
ciepły, lekko kpiący uśmiech.
Moja
Homeopatia
To
było pod koniec grudnia, zaraz przed świętami
Szwagier przyniósł spirytusu, no więc rozrabiamy
Rozrabiamy tak jak zwykle, pół na pół, wiadomo
Dziad tak robił, ojciec robił, tak nas nauczono
Na to żona mówi nagle, że gdzieś przeczytała
Że im bardziej się rozcieńczy, to tym mocniej działa
Ależ skarbie, mówię do niej, jesteś w dużym błędzie
Jak rozcieńczy się za bardzo, nic z tego nie będzie
Ty z nauki nie kpij, mówi, głupiś jest i tyle
Trza rozcieńczyć i potrząsnąć, to zyska na sile!
Fakt, z nauką to na bakier nawet w szkole byłem
Ale żeby rozcieńczone miało większą siłę?
Ty się nie bój, mówi żona, bo głowy uczone
Twierdzą, że woda pamięta, co w niej rozpuszczone
Więc chłopaki do roboty, już za progiem święta
Rozcieńczajcie, będzie więcej, woda zapamięta
No więc, żeśmy rozcieńczali, jak żona radziła
W myśl teorii naukowej — w rozcieńczonym siła
Tak nam sprawnie szła ta praca, że po krótkim czasie
Zapełniliśmy kanister, wannę oraz basen
Lecz gdy przyszedł czas na sprawdzian, straszna rzecz się stała
Wbrew teorii naukowej, … woda zapomniała!
W tym momencie się poczułem kompletnym frajerem
A na święta nam została woda z alzheimerem.
« Pseudonauka, paranauka (Publikacja:
04-06-2008 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 5913